wtorek, 5 sierpnia 2014

Niechciane dzieci na obóz, marsz! Część pierwsza.

       Odkąd pamiętam, siedziałam na plaży z jedzeniem w ręce, patrząc na kolonistów. Kojarzyli mi się jako zbyteczne dzieci, które rodzice wysłali, żeby od nich odpocząć. W takich chwilach dziękowałam w duchu Mamie i Tacie, że siedzę na plaży właśnie z nimi.
       Wsiadając w autobus prowadzący z Katowic do Węgier stanął mi przed oczami tamten obraz. Napewnosięmyliłamnapewnosięmyliłamnapewnosięmyliłam..
        12 dni wypoczynku w Hajdúszóboszló w czterogwiazdkowym kompleksie basenów. Było warto? Warto! Oto część pierwsza mojej relacji z obozu :).

Mamo.. Ja chyba nie chcę..

       Kierowca, który parkował autobusem w Katowicach wygrał wszystko. Podejmując się wyzwania zaparkowania między słupkami przyprawił mnie o dreszczyk. Na "dzień dobry" rozwalił zderzak. Następnie król szos zarobił trofeum w postaci mandatu w Słowacji. Modliłam się, żeby w ogóle dojechać do miejsca wypoczynku i kurczowo trzymałam się fotelu.
       Kiedy o godzinie 9 zaczęło się robić ciepło, kierowca postanowił włączyć nawiew (ta, ciepły). Kiedy około 11 w autobusie było jedyne 35°C, pan łaskawie pozwolił owtorzyć szyberdach. Co za ulga..
       Serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy jechali w długich spodniach ;).

Zakwaterowanie

       Po wielu wybuchach śmiechu nadszedł czas na podzielenie się po trzy osoby. Jako iż byłam jedyną przedstawicieką rodu damskiego na tylnych siedzeniach, szybko musiałam wybrać potencjalne współlokatorki. Dobrze, że wtedy moja intuicja mnie nie zawiodła.
       Szczerze, jedynie hotel nie spełnił moich oczekiwań. O ile było czysto, tak brak szyby i odchodząca ściana to niezbyt miłe wrażenia jak na pierwsze kolonie ;).

Haaalo, jest tam kto? Utknęłam..

       Á propos hotelu.. Zdarzyło wam się kiedyś zatrzasnąć w ubikacji? W każdym razie, nie polecam.
       Minusem tej maluśkiej ubikacji było to, że łatwo było o wywrócenie się w niej. Z drugiej strony - nie można było sobie nabić kuku, bo nie było na to miejsca ;).

-Dziecko, a jesz Ty tam coś oprócz słodyczy?
       Ku mojemu zdziwieniu, nawet się nie głodziłam. Jestem bardzo, bardzo wybredna, ale magii kotletów w grubej i chrupiącej panierce nie mogę się oprzeć ;). 
       Okej, okej. Kotlety są całkiem spoko, ale nie jeśli dostaje się ich przez trzy dni pod rząd. Tak samo jak kurczaka z ryżem oraz różnymi sosami. Wtedy poczułam tęsknotę do naleśników.
       Spotkałam się tam z dwoma wcześniej mi nieznanymi daniami, o ile tak to można nazwać ;). 
       Pierwsze z nich to kurtosz. Być może słyszeliście o tym pod nazwą tradelnik, która widnieje nad polskim morzem. Wygląda to jak kawałek ciasta drożdżowego (tyle że tak nie smakuje) w kształcie walca, posypany dodatkiem. Najczęściej do wyboru były orzechy, cynamon, cukier puder i czekolada. Na niektórych stoiskach można było zobaczyć, jak nasze ciasto się piecze, a niektóre były już gotowe. Niebo w gębie :).
       Drugim bohaterem jest langosz. Kształtem przypomina większa pizzerinkę, a smakuje jak pizzo-ciasto-placek. Serwuje się go zazwyczaj z śmietaną, serem albo  keczupem. Jest dość sycący.
Muszę jednak przyznać, że moje serce podbiła pizza. To była jedna z najlepszych jaką jadłam :)).
       Swoją drogą, bez cukierasów by się nie obeszło. Takim sposobem podczas każdej wizyty w sklepie wydałam po 1500 ft, co w przeliczeniu wychodzi około 20 zł. Kilka regałów okrytej tajemnicą ciasteczek i czekolad, a największą frajdą było domyślanie się, co producent miał na myśli umieszczając jakieś obrazeczki na opakowaniu. Trudno tam było znaleźć napisy choćby po angielsku.

Przepraszam, którędy do...?
       Język węgierski do dzisiaj pozostaje dla mnie zagadką. Przez cały turnus nauczyłam się kilku słów, między innymi: ezret (tysiąc), fiű (chłopiec), egészségére (na zdrowie), bor (podobno jakiś alkohol, tak twierdził obrazeczek w barze), siasto/sia (dzień dobry - aczkolwiek w Internecie można znaleźć inną formę), tenisz (tenis) co i tak było dla mnie wystarczającą męką.
       Z ciekawości poszłam na mszę po węgiersku. Najciekawsze było kazanie, bo mogłam się pośmiać z księdza, który tak gestykulował, jakby miał zespół Tourette'a.

Can't speak English, sorry!

       Najdziwniejszą rzeczą dla mnie była znajomość tylko języka węgierskiego wśród mieszkańców.  Ich język brzmiał jakby upili się do nieprzytomności, a potem związali sobie języki. Ciężko się z takimi porozumieć.
       O ile mogę zaakceptować niewysokie zdolności lingwinistyczne zwykłych szarych ludzi, tak w kompleksie basenów o wysokich standardach niezdolność do powiedzenia: "Sori aj kant spik inglisz" jest niewyobrażalna
. Mówisz, że zostawiłeś klapki tam i tam, a oni wypowiadają plątaninę słów w swoim języku.
        Mimo to okazali się być pomocni oraz bardzo życzliwi, z wyjątkiem starszej kasjerki w lokalnej sieci sklepów. Często również wskazywali osoby, do których moglibyśmy się zwrócić z naszym problemem.
       Natomiast większość ludzi ze stoiskami potrafiła minimalnie porozumieć się nawet po polsku, tłumacząc się dużą ilością klientów z Polski (tak z innej beczki - jeśli zacząłeś mówić po niemiecku czy angielsku powtarzali to samo.. ;)).

Nie ważne, ale się nie zabij.

       Najlepszą rzeczą był czas wolny. Półtorej godziny na własne zajęcia, a następnie samodzielny powrót do hotelu. Dla mnie powrót był wyzwaniem, biorąc pod uwagę moją orientację.
       W centrum było wszystko. Od kwiecistego parku, poprzez sznur sklepów i wiecznie nieczynną pocztę (dlatego wiem, że zárva znaczy zamknięte), aż do kolorowych budek z pamiątkami ustawionymi w koło. Kilku ulicznych grajków stwarzało przyjmną atmosferę.
       Za to po pamiątkach spodziewałam się znacznie więcej. Ich jakość można porównać do odpustowych zabawek. Nic tam specjalnego nie znalazłam.

        Tak wyglądała część pierwsza narzekania o wszystkim i o niczym, a w następnym tygodniu wyskakuję z konkretami - najlepszy aquapark pod słońcem, Budapeszt i wiele innych. See you soon!

piątek, 6 czerwca 2014

Cadillac z obrusem i Kraków, czyli jak spędziłam Dzień Dziecka

Nadrabiam zaległości.
Zastanawiałam się, czy jeden z wpisów mógłby być o moich snach. Dzień później przyśnił mi się Cadillac z obrusem wystającym spod maski – mój samochód pogrzebowy, a to wszystko odbywało się na jakiejś paradzie. Z boku w żałobnym stroju stał worek mąki.
Nie, to zły pomysł. Za to opiszę Wam mój najwspanialszy dzień dziecka.
Z 31 maja na 1 czerwca spałam u koleżanki, co było widać na różnych portalach społecznościowych. Kiedy o 9:00 zeszłyśmy na śniadanie wyglądając jak zombie, ujrzałyśmy stos czekolad na stole. Dla każdego była przeznaczona jedna. Fajnie, przyjmują mnie do rodziny ;).
Wróciłam do domu około dwunastej. Zjadłam grzecznie cały obiad i poszłam do swojego pokoju, żeby trochę odespać. Budzę się z wielkim cieniem na twarzy. Nade mną stała siostra, a mama krzyczała z dołu, że za 15 minut widzimy się wszyscy w samochodzie. Aha. Piąty bieg i wio.
Gdzieś ta przytomniejsza część mózgu powiedziała mi, żebym wzięła podręcznik z biologii. Chwila, chwila. Biologia? Ah, no tak, przecież mam pisać sprawdzian i muszę go zaliczyć na piątkę, żeby cieszyć się nią na świadectwie.
Całkiem szybko się uwinęłam oraz byłam  na dole przed moimi siostrami (sialalala pieeerwsza!). Siadłam z moją Nową Miłością i wertowałam strony. Ku mojemu zdziwieniu, gdy usłyszałam wysiadka, spałam z nią na kolanach. Znaczy to, że ten dział musiał być nudniejszy od dróg, drzew i chmur za oknem. Dam radę, co to dla mnie. Droga powrotna jeszcze przede mną.
  Wysiadam z pojazdu. Patrzę, rozglądam się wkoło.. To jest Kraków! Podoba mi się coraz bardziej. Do naszej wyprawy dołączyła Kuzynka oraz Ciocia, która tam mieszka. 
Siedząc w Internecie Ciocia znalazła punkt manufaktury czekolady. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. NONIEMOGĘCIOCIUKOCHAMCIĘAAAA! 
Czekolada jest moim uzależnieniem, celem życia, kawałkiem raju. Wszystkim.
W witrynie sklepowej było widać panią, która robiła z czekolady Pałac Kultury i Nauki znajdujący się w Warszawie. Skoro w witrynie działy się takie cuda, to co mogło znajdować się w środku? Nie zastanawiając się dłużej wpadłam do królestwa płynnego szczęścia.
Wybałuszyłam oczy. Serca, portrety, 30 różnych czekoladek, stosy tabliczek, prezenty ślubne, kredki, łyżeczki, samochodziki, kwiatki, krasnale – idealnie odzwierciedlone i wszystko z czekolady. To już raj? Dlaczego tak późno?!
Po naoglądaniu się tych wszystkich cacek poszliśmy do kawiarni na piętrze. Zamówiłam koktajl mleczny z czekoladą. Na samą myśl dalej mi ślinka cieknie. 
Następnie udaliśmy się na spacer przez piękny park. W alejkach były postawione pomniki różnych wojskowych. Dalej znajdował się plac zabaw i boiska.  Wszędzie było zielono, a pogoda nam dopisywała.
Z powrotem droga była tak odległa, że wsiedliśmy w tramwaj. Poczułam się prawie jak w domu. Ścisk dobrze mi znany, a na myśl przychodzi tylko jedno – 820. Może jeszcze zmartwienie o mojego psa, który dotychczas nie jechał tramwajem, ale inne środki transportu miejskiego ma już za sobą.
Później poszliśmy zobaczyć smoka ziejącego ogniem. Usłyszeliśmy dźwięk uruchomianego gazu i pracującą maszynę. Smoczek tak zionął ogniem, że można by to przyrównać do gazów wypuszczanych z drugiej strony. Szkoda.
Zawróciliśmy na rynek. Pooglądaliśmy kramy w Sukiennicach i poszliśmy coś zjeść. O ile nie jadam różnych fast – foodów (z wyjątkiem pizzy) tak w McDonaldzie wyszłam chyba z największym rachunkiem w życiu. Nigdy nie byłam taka głodna.
Nasza wycieczka zakończyła się przed dziesiątą. Wsiałam niechętnie do samochodu, popatrzałam na podręcznik i pomyślałam: to znowu ty. Wyśpię się tutaj, a jak przyjadę to się pouczę.
Przychodzę do domu i rozkładam się na łóżku. Była 23:30. Nastawiłam budzik, który miał mnie obudzić dokładnie za 20 i 40 minut. Po drugim alarmie pomyślałam sobie, że już wstaję. W sumie, nawet nie zdążyłam o tym pomyśleć. Już smacznie spałam. 
Budzę się znów. Na zegarku widnieje godzina 3:20. Ups. No to idę się uczyć, w końcu kiedyś trzeba. Magiczne 40 minut, które minęło całkiem szybko spędziłam na uczeniu się o aminokwasach i innych białkach. Weszłam pod prysznic i godzinę później byłam już w swoim pokoju. 
Wchodzę i zaczyna mi żyłka w oku pękać. Nagle zrobiło się jasno, a ptaki akurat teraz muszą niemiłosiernie świergotać. Spuściłam rolety i założyłam słuchawki. Na szczęście, zasnęłam. 
Kiedy mój tata wszedł do pokoju po 5 i spuścił rolety.. Nigdy tak szybko nie  wstałam, żeby je z powrotem zasłonić ;).
  A Wy? Jak spędziliście Wasz dzień?

sobota, 22 marca 2014

Jak to świat zwiedzamy.

Wiecie jak wygląda śpiąca żyrafa? 
W takim razie wiecie jak wyglądam ja. Coś w środku mi mówi, że jednak trochę zaniedbałam bloga ;).
20 minut snu na dobę. Na stojąco, na leżąco - kto co lubi. Mój idol.

À propos śpiących żyraf - mieszkają w Afryce, gdzieś na drugim końcu świata (pomijając oczywiście ZOO ;)). Od pewnego czasu, a dokładnie odkąd nie jest mi dane widywać moich znajomych w szkole, czuję potrzebę udania się na drugi koniec świata. Wyśmiejcie mnie, ale ostatnio tym miejscem był BYTOM.
Skromną ekipą wybraliśmy się do kina.
Przychodzimy na przystanek. O 10:07 miał odjechać nasz autobus. Dziewczyny rozsądnie i z głową miały już zakupione wcześniej bilety. Chłopcy ich nie mieli, więc grzecznie udali się do pobliskiego kiosku.
Autobus odjeżdża, my siedzimy, a oni.. Z niemałym zdziwieniem patrzą na to, jak właśnie jedyny środek transportu macha im na "do widzenia" swoim zderzakiem. No cóż, nie można mieć wszytskiego.
Kiedy już w komplecie spotkaliśmy się na dworcu autobusowym w Tarnowskich Górach natychmiast udaliśmy się na wyznaczone stanowisko. Tak tylko, żeby znowu nie zapomnieć o istnieniu takiego słowa jak PUNKTUALNOŚĆ i jego powszechnego (bądź mniej..) zastosowania w życiu. 
Po wejściu do Agory całkiem szybko znaleźliśmy kino. Wybraliśmy miejsca i film - 300: Początek Imperium. Wszystko pięknie. Do seansu zostało tylko 2,5 godziny. 
Co robimy? To chyba zbyt oczywiste. Idziemy na zakupy. Ja jak to ja, mogę je zaliczyć do udanych ;). Upolowałam portfel. Część mnie, która odpowiada za zachcianki została zaspokojona. 
Według mnie film był całkiem dobry, aczkolwiek oczekiwałam od niego więcej. Nie mogłam znieść widoku krwi. Była mało realistyczna. Film jest o wojnie, więc to na nią głównie zwracamy uwagę. Nad tym powinni popracować. W skali od 1-10 oceniłabym go na 7,5.
Wychodzimy na zewnątrz powolnym krokiem. Śmiejemy się, rozmawiamy. Pogoda się poprawiła. Właśnie o tym pomyślałam: jest kapitalnie.
OHO, WYKRAKAŁAM.
Na przystanku dopadł nas grad i silny wiatr. Wtedy dopiero zrozumiałam, co miało znaczyć babcine "Zjedz, bo cię wiatr zdmuchnie". 
Wcale nie byłam chora, wcale ;).


P.S. Pozdrawiam Zuzię, Anię, Monikę, Piotrka, Radka i Andrzeja, którzy marzyli, żeby się tu znaleźć ;)). 

sobota, 1 marca 2014

Jedna tysięczna część internetu.

W trakcie pisania z moim Kolegą wyszło na jaw, że ma termin oddania pracy o bezpiecznym Internecie.
Temat wydaje się być oklepany (jeśli już tak nie jest). Ile razy zbieraliśmy się na auli, aby wysłuchać, jak niebezpiecznie jest ujawniać swoje dane, adres i inne? Rozumiem, można dziecku wytłumaczyć czy powtórzyć. Jeśli już starsze dziecko nie rozumie.. Przykro mi, selekcja naturalna.
Wszystko staje się ciekawsze, kiedy musisz to wytłumaczyć osobie starszej, która ma styczność tylko z Wordem.
Trudno zrozumieć naszym Rodzicom, na czym polega Facebook, Ask czy Tumblr. Moja Mama przyznała niechęć do tego z powodu braku czasu, złożenia i zbyt dużej ilości zdołowanych nastolatek. Zbytnio nie przejęła się moim pytaniem, a raczej je zlekceważyła.
W każdym razie, ciężko jest wypowiedzieć się na ten temat w sposób ciekawy.
Nie miałam styczności z Askiem, a w ramach pomocy postanowiłam to zmienić. Odpowiem na kilka pytań, hejtów*, polubię kilka odpowiedzi i napiszę, co o tym sądzę.
Wymyślenie nazwy zajęło mi dłużej niż robienie zadań z matematyki. Na prawdę – wszystko było zajęte. Już na początku czułam, że stoję na przegranej pozycji.
Na pierwszy rzut oka było nieźle. Tu przycisk zaloguj, tu odpowiedz.. Nie ma problemu, prosty wygląd ułatwi gimnazjalistom zabawę. Moja trwała dwa dni. Zaraz mi się znudziło.
Padały głupie pytania ile dzisiaj brałaś, co, jak, z kim, kiedy, dlaczego. Gdzie byliście, kiedy pisałam życiorys?  To doprowadzało mnie do szału. Rozumiem, że tu chodzi o pytania, ale umówmy się, że na poziomie. Chcecie wiedzieć z czego składa się dzisiaj moja kupa? Chyba jednak nie.
Po kilku dniach miałam nadzieję, że moja przygoda z tym serwisem się skończy. Stwierdziłam, że nie będę siedzieć i czekać. Idę gdzieś w świat. Nie mam zamiaru siedzieć w domu.
W ciągu mijającego tygodnia byłam wszędzie o różnej porze. Nadrobiłam trochę życia, można powiedzieć.
I wtedy zaczęło się we mnie gotować.
Dostałam milion pytań w większości o tej samej treści, jak mogę być taka zła, że spotykam się z tyloma chłopakami . HALO, wyszłam gdzieś i zaraz mnie z kimś łączycie (w zabójczej ilości trzech osobników płci mniej urodziwej). Jak kto woli, macie prawo tak sądzić. Ja walczę zawsze o swoje zdanie, ze mną można się kłócić.
Podsumowując:
Jestem dość impulsywną i agresywną osobą, więc raczej ten portal nie jest przeznaczony na moje nerwy. Nie spodobał mi się, aczkolwiek jeśli ktoś miałby ochotę się w to bawić w konkretnym celu, a nie bezmyślnego odpowiadania, można coś z tego wycisnąć.

*hejt  (ang. hate - nienawidzieć) – negatywa uwaga o czymś lub o kimś.

sobota, 15 lutego 2014

Dziewczyno, nie dramatyzuj!

Na wstępie muszę Wam powiedzieć, że kiedy weszłam na bloga.. Przestraszyłam się.
Zrobiło się Was tutaj dużo. Czuję się niczym rybka. Pływam sobie w moim akwarium, a kilkaset ogromnych oczu odwiedza mnie tu, śledzi i czeka, aż się poruszę. Patrzcie, właśnie machnęłam płetwami.
 Nie, nigdy nie miałam rybek.
Piąteczek, wieczorek.
Siadam z uśmiechem na ustach, że może dziś będzie ten dzień, w którym się wyśpię.
Włączam wi-fi w telefonie i rozdaję karty. 1, 2, 3, 4, 5..
Z równowagi wytrąca mnie dźwięk wiadomości na Facebooku. Dziesięć tysięcy smutnych buziek i na końcu trzy literki: hej.
Zaraz, co się dzieje?
Patrzę na datę, słyszę, jak w mojej głowie przeskakują jakieś trybiki..
- NO ROZDAJESZ TO CZY NIE? - Ciocia chyba próbowała sprowadzić mnie na ziemię.
- Już, już. 6,7,8..
Znowu ten dźwięk. Nagle mnie olśniło. Walentynki.
Po wyświetleniu tych emotikonek padło pytanie, jak to jest, że ON mnie nie zaprosił.
Panie, uspokoję Was. Ja wolę pizzę z dowozem do domu.
To nie jest tak, że Panowie muszą biegać z załatwieniem romantycznej kolacji, najlepiej w Paryżu o zachodzie słońca, przy spożywaniu pieczonych udek żaby. Każdy ma się cieszyć, a nie facet płakać, że oszczędzone pieniądze na GTA musiał wydać na was. Mnie by chyba bolało troszeczkę sumienie - sama lubię grać na różnych konsolach i komputerze ;).
Nie jestem za jakimś wielkim świętowaniem walentynek ani dnia singla - jestem pośrodku. Jeśli ktoś mnie zaprosi to nie odmówię, ale nie będę obwieszczać całemu światu, jak mi przykro, bo spędzam ten dzień w domu.
Głowa od góry (:

P.S. Pozdrawiam Pana na przystanku Tarnowskie Góry Dworzec. Ten ogromny bukiet róż dla Twojej Dziewczyny był śliczny! Brawo, jestem z Ciebie dumna :).
Ale ja i tak wolę czekoladę.
P.S. 2. Ja wiem.
Ja się bardziej postaram, ale przez te dwa tygodnie całym sercem byłam przy nauce ;)

czwartek, 30 stycznia 2014

5+1 najbardziej irytujących rzeczy w Internecie

Każdy z nas kiedyś bez zastanowienia kliknął przycisk "wyłącz" na komputerze, tablecie, telefonie. Siadasz poirytowany w kącie i zastanawiasz się, czy tylko Ty jesteś taki niecierpliwy.
Na pocieszenie powiem, że nie tylko Ty. Jestem w gorącej wodzie kąpana, a to lista moich 5 faworytów w sieci.
1. Wyskakujące reklamy, informacje o ciasteczkach, spam.
"Kup to i tamto za milion złotych, a dostaniesz kapcie o wartości 12,99 zł w prezencie!"
"Doda właśnie wyszła z salonu kosmetycznenego z pomalowanymi na różowo paznokciami! Mamy zdjęcia!"
"Alicja, w naszym banku ABCD oprocentowanie wynosi 10,5% w skali roku! Sprawdź już teraz!"
Hej, Reklamodawcy, Producenci!
Nie kupię waszego produktu, jeśli widzę tą reklamę przed moją ulubioną piosenką.
Nie, męska pianka do golenia mnie nie interseuje.
Nie, nie mam zamiaru sprawdzać, czy jakaś gwiazda już zrobiła poranne "coś" w toalecie.
Z poważaniem
Ofiara Reklam.
2. Lubię to!
Wyskakuje okienko zasłaniając mi tekst.
"Cześć, spodobała Ci się nasza kawiarnia/blog/serial? Kliknij "Lubię to!" na Facebooku".
Chwilę temu chciałam się tu rozejrzeć, ale chyba mi się odechciało...
3. Komentarze wszechwiedzących analfabetów.
Nie uważam się za chodzący ideał i rozumiem, że każdemu może się zdarzyć błąd. Jesteśmy tylko ludźmi.
Ah tak, ludźmi.
Czasem miło popatrzeć na naszych internetowych bohaterów, którzy kłócą się, czy to piątek, a może sobota. Do tego w komentarzu znajduje się 10 błędów ortograficznych. Spotkanie ze słownikiem nie boli, chyba że dostajecie nim właśnie po głowie od polonistki ;). Nie trzeba go przeczytać od deski do deski (chociaż niektórym by się to przydało), ale warto rozwiać swoje wątpliwości i poprawić swoją wypowiedź poprzez przeczytanie jej przed przyciśnieńciem klawisza Enter. Nikt nie chce się upokorzyć, a każdy może to przeczytać, nie? ;)
4. Jej, MÓJ UKOCHANY!
Dziesięć serduszek w poście na tablicy u jakiegoś chłopca?!
Czyżby gwiazdka fejsika zmieniła swój status 7 raz w miesiącu? Czy ktoś w ogóle to liczy? Nie wyszyscy muszą wiedzieć o Waszej wielkiej miłości.
Mam wrażenie, że zmienia częściej chłopców niż swoją bieliznę.
5. Niechciane dodatki - µTorrent.
Każdy pirat wie, o czym mowa ;).
Ściągasz film, grę czy program. Po nacieszeniu się swoją piracką zdobyczą, otwierasz przeglądarkę. Niespodzianka! Twoją domyślną przglądarką nie jest już Google (nie wykluczam Msn, Yahoo! i innych), ale jakieś niepożądane coś, milion rozszerzeń wziętych z podłogi, nie wspominając o możliwości wirusów.
Jak ja to kocham.
6. Zapytaj mnie!
Oto bonus, który znalazł się tutaj nieplanowanie.
Nie mam nic przeciwko reklamowaniu się na Facebooku, Google+ albo innych serwisach. Tylko tu wkracza rozsądek. Kto normalny wrzuca 125463130564 razy na dzień link do swojego konta na Asku, Instagramie, Photoblogu, a może obrazków z Kwejka?..


Epilog
Tak przedstawiam sprawę (:. Nie ukrywam, że ten post miał dać Wam do myślenia, ale nie obrażajcie się na mnie ;).
Bardzo czytelne, nie pogadasz ;)
Dzisiaj wróciłam ze szpitala i mając Was na uwadze, robaczki, piszę tego posta na 7 palców, także w 2 godziny z drobnymi poprawkami udało mi się osiągnąć te wypociny, które mam nadzieję, przeczytaliście ;). Żeby mieć gotowy tekst i go opublikować, kiedy będę miała trochę siły, powstała zabazgrana kartka. Bez przciągania, oto mój rękopis :D.

Nie miałam na celu szczególnej osoby w trakcie pisania tego posta.

wtorek, 21 stycznia 2014

Mój dzień w czasie wolnym.

Siadam przed komputerem. Facebook, Kwejk, Youtube..
Po tygodniu siedzenia w domu  internet się skończył.
Otwieram pustą stronę. Patrzę na 6 najczęściej otwieranych stron. Blogger na ostatnim miejscu. Czas nadrobić zaległości ;).
Nadszedł czas ferii -  względnej wolności, dlatego warto zrobić sobie maluśki plan dnia. Ja stosuję go od.. Dłuższego czasu ;)).
1.Byłam, jestem i będę typem leniucha. Wstaję o 12 (ekhm.. nie później, nie..) i sprawdzam szybciutko co słychać na przeróżnych serwisach społecznościowych.
2.Rodzice, Babcia, Dziadek, Dietetyk wpajają nam dobre nawyki żywieniowe. Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Mimo godziny 13, kiedy większość ludzi je obiad, ja zasiadam do stołu i delektuję się moją ogromną michą płatków ;).
3. Nadchodzi godzina, w której dzieją się przeróżne rzeczy. Naprawdę. Wraz z moją starszą siostrą Pauliną, zaczynamy tańczyć, śpiewać, śmiać się.. Okej. Tyle Wam powinno w tym miejsu wystarczyć ;).
4. Mama wraca z pracy. Następnie gotuje przepyszny obiad, chyba że jest szpinak albo inne warzywka. Zostaję przegłosowana podczas wyborów jutrzejszego obiadu i wtedy jest mniej smaczny.. Kwestia gustu.
5. Na naszym zegarku dochodzi 16. W tym czasie zajmuję się sobą. Włączam muzykę, sięgam po książkę - co mi w ręce wpadnie.
6. Mój ulubiony punkt dnia, czyli tak zwana "kawa". To jest taki podwieczorek, tyle że u nas w domu przyjęła się inna nazwa. W tym czasie zazwyczaj mówimy jak minął dzień.
7. Tu zazwyczaj wszyscy się rozchodzimy. W tym czasie lubię zaprosić koleżanki, przespacerować się, wyjść do restauracji (co jednak zdarza się rzadko) czy pójść na zakupy. Kooocham chodzić na spacery, szcególnie wieczorami. Ich atmosfera mnie urzeka (:
8. No to co? Jest 22 i zaczyna się czas, kiedy dostaję energii nie wiadomo skąd i jest jej napraawdę dużo. Ci, którzy spędzają ze mną noce na czacie, wiedzą, o co chodzi ;).
9. Wszyscy śpią, a ja bujam się w rytm muzyki. Fajnie :).
10. Zawsze staram się wykorzystać dzień w 200%, więc jeśli  mam trochę siły, staram się zrobić coś pożytecznego, kreatywnego. W ten sposób przedwczoraj  zabazgrałam całą kartkę farbami. Doszło do mnie, że to nie moja działka..
12. Kiedy czuję się już zmęczona idę spać. Ten rytuał nie obejdzie się bez nocnego podjadania ;).

Drugi tydzień przymusowo spędzę w szpitalu. Będzie ciekawie.

P.S. Kociaczki, mam dobre wieści. Właśnie moja koleżanka nieświadomie podrzuciła mi pomysł na wpis, więc wyczekujcie :). Dzięki, Estera!