piątek, 6 czerwca 2014

Cadillac z obrusem i Kraków, czyli jak spędziłam Dzień Dziecka

Nadrabiam zaległości.
Zastanawiałam się, czy jeden z wpisów mógłby być o moich snach. Dzień później przyśnił mi się Cadillac z obrusem wystającym spod maski – mój samochód pogrzebowy, a to wszystko odbywało się na jakiejś paradzie. Z boku w żałobnym stroju stał worek mąki.
Nie, to zły pomysł. Za to opiszę Wam mój najwspanialszy dzień dziecka.
Z 31 maja na 1 czerwca spałam u koleżanki, co było widać na różnych portalach społecznościowych. Kiedy o 9:00 zeszłyśmy na śniadanie wyglądając jak zombie, ujrzałyśmy stos czekolad na stole. Dla każdego była przeznaczona jedna. Fajnie, przyjmują mnie do rodziny ;).
Wróciłam do domu około dwunastej. Zjadłam grzecznie cały obiad i poszłam do swojego pokoju, żeby trochę odespać. Budzę się z wielkim cieniem na twarzy. Nade mną stała siostra, a mama krzyczała z dołu, że za 15 minut widzimy się wszyscy w samochodzie. Aha. Piąty bieg i wio.
Gdzieś ta przytomniejsza część mózgu powiedziała mi, żebym wzięła podręcznik z biologii. Chwila, chwila. Biologia? Ah, no tak, przecież mam pisać sprawdzian i muszę go zaliczyć na piątkę, żeby cieszyć się nią na świadectwie.
Całkiem szybko się uwinęłam oraz byłam  na dole przed moimi siostrami (sialalala pieeerwsza!). Siadłam z moją Nową Miłością i wertowałam strony. Ku mojemu zdziwieniu, gdy usłyszałam wysiadka, spałam z nią na kolanach. Znaczy to, że ten dział musiał być nudniejszy od dróg, drzew i chmur za oknem. Dam radę, co to dla mnie. Droga powrotna jeszcze przede mną.
  Wysiadam z pojazdu. Patrzę, rozglądam się wkoło.. To jest Kraków! Podoba mi się coraz bardziej. Do naszej wyprawy dołączyła Kuzynka oraz Ciocia, która tam mieszka. 
Siedząc w Internecie Ciocia znalazła punkt manufaktury czekolady. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. NONIEMOGĘCIOCIUKOCHAMCIĘAAAA! 
Czekolada jest moim uzależnieniem, celem życia, kawałkiem raju. Wszystkim.
W witrynie sklepowej było widać panią, która robiła z czekolady Pałac Kultury i Nauki znajdujący się w Warszawie. Skoro w witrynie działy się takie cuda, to co mogło znajdować się w środku? Nie zastanawiając się dłużej wpadłam do królestwa płynnego szczęścia.
Wybałuszyłam oczy. Serca, portrety, 30 różnych czekoladek, stosy tabliczek, prezenty ślubne, kredki, łyżeczki, samochodziki, kwiatki, krasnale – idealnie odzwierciedlone i wszystko z czekolady. To już raj? Dlaczego tak późno?!
Po naoglądaniu się tych wszystkich cacek poszliśmy do kawiarni na piętrze. Zamówiłam koktajl mleczny z czekoladą. Na samą myśl dalej mi ślinka cieknie. 
Następnie udaliśmy się na spacer przez piękny park. W alejkach były postawione pomniki różnych wojskowych. Dalej znajdował się plac zabaw i boiska.  Wszędzie było zielono, a pogoda nam dopisywała.
Z powrotem droga była tak odległa, że wsiedliśmy w tramwaj. Poczułam się prawie jak w domu. Ścisk dobrze mi znany, a na myśl przychodzi tylko jedno – 820. Może jeszcze zmartwienie o mojego psa, który dotychczas nie jechał tramwajem, ale inne środki transportu miejskiego ma już za sobą.
Później poszliśmy zobaczyć smoka ziejącego ogniem. Usłyszeliśmy dźwięk uruchomianego gazu i pracującą maszynę. Smoczek tak zionął ogniem, że można by to przyrównać do gazów wypuszczanych z drugiej strony. Szkoda.
Zawróciliśmy na rynek. Pooglądaliśmy kramy w Sukiennicach i poszliśmy coś zjeść. O ile nie jadam różnych fast – foodów (z wyjątkiem pizzy) tak w McDonaldzie wyszłam chyba z największym rachunkiem w życiu. Nigdy nie byłam taka głodna.
Nasza wycieczka zakończyła się przed dziesiątą. Wsiałam niechętnie do samochodu, popatrzałam na podręcznik i pomyślałam: to znowu ty. Wyśpię się tutaj, a jak przyjadę to się pouczę.
Przychodzę do domu i rozkładam się na łóżku. Była 23:30. Nastawiłam budzik, który miał mnie obudzić dokładnie za 20 i 40 minut. Po drugim alarmie pomyślałam sobie, że już wstaję. W sumie, nawet nie zdążyłam o tym pomyśleć. Już smacznie spałam. 
Budzę się znów. Na zegarku widnieje godzina 3:20. Ups. No to idę się uczyć, w końcu kiedyś trzeba. Magiczne 40 minut, które minęło całkiem szybko spędziłam na uczeniu się o aminokwasach i innych białkach. Weszłam pod prysznic i godzinę później byłam już w swoim pokoju. 
Wchodzę i zaczyna mi żyłka w oku pękać. Nagle zrobiło się jasno, a ptaki akurat teraz muszą niemiłosiernie świergotać. Spuściłam rolety i założyłam słuchawki. Na szczęście, zasnęłam. 
Kiedy mój tata wszedł do pokoju po 5 i spuścił rolety.. Nigdy tak szybko nie  wstałam, żeby je z powrotem zasłonić ;).
  A Wy? Jak spędziliście Wasz dzień?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz