wtorek, 5 sierpnia 2014

Niechciane dzieci na obóz, marsz! Część pierwsza.

       Odkąd pamiętam, siedziałam na plaży z jedzeniem w ręce, patrząc na kolonistów. Kojarzyli mi się jako zbyteczne dzieci, które rodzice wysłali, żeby od nich odpocząć. W takich chwilach dziękowałam w duchu Mamie i Tacie, że siedzę na plaży właśnie z nimi.
       Wsiadając w autobus prowadzący z Katowic do Węgier stanął mi przed oczami tamten obraz. Napewnosięmyliłamnapewnosięmyliłamnapewnosięmyliłam..
        12 dni wypoczynku w Hajdúszóboszló w czterogwiazdkowym kompleksie basenów. Było warto? Warto! Oto część pierwsza mojej relacji z obozu :).

Mamo.. Ja chyba nie chcę..

       Kierowca, który parkował autobusem w Katowicach wygrał wszystko. Podejmując się wyzwania zaparkowania między słupkami przyprawił mnie o dreszczyk. Na "dzień dobry" rozwalił zderzak. Następnie król szos zarobił trofeum w postaci mandatu w Słowacji. Modliłam się, żeby w ogóle dojechać do miejsca wypoczynku i kurczowo trzymałam się fotelu.
       Kiedy o godzinie 9 zaczęło się robić ciepło, kierowca postanowił włączyć nawiew (ta, ciepły). Kiedy około 11 w autobusie było jedyne 35°C, pan łaskawie pozwolił owtorzyć szyberdach. Co za ulga..
       Serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy jechali w długich spodniach ;).

Zakwaterowanie

       Po wielu wybuchach śmiechu nadszedł czas na podzielenie się po trzy osoby. Jako iż byłam jedyną przedstawicieką rodu damskiego na tylnych siedzeniach, szybko musiałam wybrać potencjalne współlokatorki. Dobrze, że wtedy moja intuicja mnie nie zawiodła.
       Szczerze, jedynie hotel nie spełnił moich oczekiwań. O ile było czysto, tak brak szyby i odchodząca ściana to niezbyt miłe wrażenia jak na pierwsze kolonie ;).

Haaalo, jest tam kto? Utknęłam..

       Á propos hotelu.. Zdarzyło wam się kiedyś zatrzasnąć w ubikacji? W każdym razie, nie polecam.
       Minusem tej maluśkiej ubikacji było to, że łatwo było o wywrócenie się w niej. Z drugiej strony - nie można było sobie nabić kuku, bo nie było na to miejsca ;).

-Dziecko, a jesz Ty tam coś oprócz słodyczy?
       Ku mojemu zdziwieniu, nawet się nie głodziłam. Jestem bardzo, bardzo wybredna, ale magii kotletów w grubej i chrupiącej panierce nie mogę się oprzeć ;). 
       Okej, okej. Kotlety są całkiem spoko, ale nie jeśli dostaje się ich przez trzy dni pod rząd. Tak samo jak kurczaka z ryżem oraz różnymi sosami. Wtedy poczułam tęsknotę do naleśników.
       Spotkałam się tam z dwoma wcześniej mi nieznanymi daniami, o ile tak to można nazwać ;). 
       Pierwsze z nich to kurtosz. Być może słyszeliście o tym pod nazwą tradelnik, która widnieje nad polskim morzem. Wygląda to jak kawałek ciasta drożdżowego (tyle że tak nie smakuje) w kształcie walca, posypany dodatkiem. Najczęściej do wyboru były orzechy, cynamon, cukier puder i czekolada. Na niektórych stoiskach można było zobaczyć, jak nasze ciasto się piecze, a niektóre były już gotowe. Niebo w gębie :).
       Drugim bohaterem jest langosz. Kształtem przypomina większa pizzerinkę, a smakuje jak pizzo-ciasto-placek. Serwuje się go zazwyczaj z śmietaną, serem albo  keczupem. Jest dość sycący.
Muszę jednak przyznać, że moje serce podbiła pizza. To była jedna z najlepszych jaką jadłam :)).
       Swoją drogą, bez cukierasów by się nie obeszło. Takim sposobem podczas każdej wizyty w sklepie wydałam po 1500 ft, co w przeliczeniu wychodzi około 20 zł. Kilka regałów okrytej tajemnicą ciasteczek i czekolad, a największą frajdą było domyślanie się, co producent miał na myśli umieszczając jakieś obrazeczki na opakowaniu. Trudno tam było znaleźć napisy choćby po angielsku.

Przepraszam, którędy do...?
       Język węgierski do dzisiaj pozostaje dla mnie zagadką. Przez cały turnus nauczyłam się kilku słów, między innymi: ezret (tysiąc), fiű (chłopiec), egészségére (na zdrowie), bor (podobno jakiś alkohol, tak twierdził obrazeczek w barze), siasto/sia (dzień dobry - aczkolwiek w Internecie można znaleźć inną formę), tenisz (tenis) co i tak było dla mnie wystarczającą męką.
       Z ciekawości poszłam na mszę po węgiersku. Najciekawsze było kazanie, bo mogłam się pośmiać z księdza, który tak gestykulował, jakby miał zespół Tourette'a.

Can't speak English, sorry!

       Najdziwniejszą rzeczą dla mnie była znajomość tylko języka węgierskiego wśród mieszkańców.  Ich język brzmiał jakby upili się do nieprzytomności, a potem związali sobie języki. Ciężko się z takimi porozumieć.
       O ile mogę zaakceptować niewysokie zdolności lingwinistyczne zwykłych szarych ludzi, tak w kompleksie basenów o wysokich standardach niezdolność do powiedzenia: "Sori aj kant spik inglisz" jest niewyobrażalna
. Mówisz, że zostawiłeś klapki tam i tam, a oni wypowiadają plątaninę słów w swoim języku.
        Mimo to okazali się być pomocni oraz bardzo życzliwi, z wyjątkiem starszej kasjerki w lokalnej sieci sklepów. Często również wskazywali osoby, do których moglibyśmy się zwrócić z naszym problemem.
       Natomiast większość ludzi ze stoiskami potrafiła minimalnie porozumieć się nawet po polsku, tłumacząc się dużą ilością klientów z Polski (tak z innej beczki - jeśli zacząłeś mówić po niemiecku czy angielsku powtarzali to samo.. ;)).

Nie ważne, ale się nie zabij.

       Najlepszą rzeczą był czas wolny. Półtorej godziny na własne zajęcia, a następnie samodzielny powrót do hotelu. Dla mnie powrót był wyzwaniem, biorąc pod uwagę moją orientację.
       W centrum było wszystko. Od kwiecistego parku, poprzez sznur sklepów i wiecznie nieczynną pocztę (dlatego wiem, że zárva znaczy zamknięte), aż do kolorowych budek z pamiątkami ustawionymi w koło. Kilku ulicznych grajków stwarzało przyjmną atmosferę.
       Za to po pamiątkach spodziewałam się znacznie więcej. Ich jakość można porównać do odpustowych zabawek. Nic tam specjalnego nie znalazłam.

        Tak wyglądała część pierwsza narzekania o wszystkim i o niczym, a w następnym tygodniu wyskakuję z konkretami - najlepszy aquapark pod słońcem, Budapeszt i wiele innych. See you soon!

1 komentarz:

  1. Od ponad roku nie ma wpisu. Czemu? Wrócisz może kiedyś do blogowania?

    OdpowiedzUsuń